Jak bardzo uprzejma dziewczynka zepsuła mi dzień, czyli starość – nie radość

Szukając rękawiczek na dzisiejsze wyjście z domu naszła mnie refleksja, że chyba się starzeję. A może dorastam, ciężko ocenić. Wszak jeszcze nie tak dawno temu szal, czapka czy rękawiczki były dla mnie zdecydowaną przesadą. Odrobina mrozu przecież nikomu nie zaszkodziła a na krótką drogę szkoda się ubierać. Mama wybiegała za mną z domu, wciskając mi na głowę czapkę, którą ja ściągałam jak tylko zniknęłam z jej pola widzenia. Drapała w głowę. Teraz, nie dość że zaczęłam się grubo ubierać, to jeszcze zdarza mi się popełnić typowo dorosłe przestępstwo, polegające na krzywym patrzeniu na młodocianych, ignorujących kompletnie warunki pogodowe.
(więcej…)

Reklamy

Jak umilić sobie życie, czyli kupiliśmy suszarkę

Z suszarką automatyczną do prania sytuacja wygląda trochę jak ze zmywarką. Kto jej nie ma, myśli zazwyczaj, że to zbytek dla ludzi, którzy nie mają pomysłu na co wydać pieniądze. Kto jednak przez kilka miesięcy użytkuje taki sprzęt, nie wyobraża sobie życia bez niego.

Jeszcze niedawno moja sytuacja praniowa była dość rozpaczliwa. Dwie rozstawione w sypialni suszarki pełne. W bębnie wyprane rzeczy, których nie mam gdzie rozwiesić. Kosz na pranie pełen a obok niego dodatkowa sterta. Tak bywa, jak się ma dwoje małych dzieci brudzących czasem 3 komplety ubrań dziennie. Do tego pościele, fartuszki, śliniaki plus odzież własna i męża. Jeden dzień bez prądu i bach, zaległości na kolejny tydzień.

Czasem myślałam sobie, jak fajnie byłoby mieć taką suszarkę automatyczną. Nigdy jednak o tym nie mówiłam, bo pewna byłam, że zobaczywszy ceny, mąż postuka się w czoło. W końcu pranie było na mojej głowie (nie oburzać się, zwolenniczki równouprawnienia. Taki mamy podział. Ja nie wożę gnoju, nie orzę pola, nie karmię krów, mąż nie pierze i nie prasuje). Ku mojemu  zdumieniu sam jednak wyszedł z taką propozycją, prawdopodobnie zmęczony wiecznym „-kochanie? Widziałaś moje ciemne jeansy? – w praniu są”.

Suszarka jest. Zaległości całkiem zniknęły. Mogłabym wywalić 90% zawartości swojej szafy (co zresztą zrobiłam, ale z innych powodów) i mimo to stale mieć się w co ubrać. Dziś noszona bluzka jutro rano może już czekać w szafie.
(więcej…)

Netflix – przetestowane tytuły

Minął ponad rok od kiedy z mężem po raz pierwszy wykupiliśmy dostęp do największej i najlepszej legalnej bazy seriali online. Początkowo odbywało się to na zasadzie „jeśli to, co chcemy oglądać jest akurat na Netflixie to opłacamy”.  Kiedy jednak przyzwyczailiśmy się do wygody, jaką niesie za sobą ten wynalazek zmieniliśmy strategię wybierania seriali na „zobaczmy, co tam jest w bazie a czego jeszcze nie widzieliśmy”. Dziś już naprawdę jest w czym wybierać. W skutek tego obejrzeliśmy całą masę seriali, których opisy brzmiały za mało zachęcająco, żebyśmy ich szukali nie mając do nich prostego, netflixowego dostępu.

Niektóre okazały się akceptowalnym czasozapychaczem, czymś co bez męczenia się można obejrzeć z braku innych pomysłów. Niektórych nie daliśmy rady obejrzeć więcej niż 3-4 odcinki. Kilka okazało się natomiast świetnym pomysłem na wieczór.
Specjalnie dla was lista przetestowanych przez nas seriali dostępnych na Netflixie i krótkim komentarzem.
(więcej…)

Black Mirror. Krótki komentarz do każdego odcinka

Niedawno skończyliśmy oglądać masowo nam polecany serial „Black Mirror”. Bardzo długo się opierałam, wnioskując z opisów, że będzie to pesymistyczne filozofowanie, stworzone po to, żeby czternastoletnie dziewczynki mogły pozachwycać się, jakie to głębokie. Myliłam się. Serial jest dobry. Nie jest podstawą do egzystencjonalnych, przeraźliwie głebokich rozmyślań (no, może czasem), ale stanowi ciekawe wyjście do czasozabijających rozmów w samochodzie. Prawie każdy odcinek chciało nam się pobieżnie omówić.  Mało tego. O każdym chciało mi się napisać dla was kilka zdań. Nie recenzje, nie analizy, tylko bardzo luźne uwagi i komentarze.

W całości bardzo podoba mi się takie troszkę lemowskie podejście do przyszłości. Ludzie dysponują jakąś na chwilę obecną niedostępną technologą a mimo to ich domy, samochody czy stroje są bardzo mało futurystyczne (przynajmniej w większości odcinków). Podoba mi się ten pomysł. Obawiałam się wystroju a’la Jetsonowie.

Plusik za motyw z piosenką przewijającą się jako element sklejający różne odcinki.
(więcej…)

Nasze początki pracy Metodą Krakowską

Kiedy dwuipółlatek odmawia powiedzenia chociażby „mama” można się zaniepokoić. Choćby wszystkie ciocie, sąsiadki i babcie mówiły „spokojnie, ma czas, chłopcy tak mają”, rodziców przepełnia chęć do działania. A przynajmniej tak było w naszym przypadku.
Nie mogę powiedzieć, żebym w pełni świadomie, spośród wielu metod pomocy dzieciom z zaburzeniami w rozwoju mowy wybrała Metodę Krakowską. Nie było czytania i myślenia, co sprawdzi się najlepiej. Mieszkamy na wsi, daleko od najbliższego naprawdę dużego miasta. Udaliśmy się więc po prostu do jedynego neurologopedy w promieniu 50 km. O tym, że pracuje ona Metodą Krakowską dowiedziałam się w zasadzie szperając w internecie już po pierwszej wizycie.
(więcej…)

10 powodów, dlaczego „Buffy, postrach wampirów” jest najlepszym serialem w historii

Istnieją w moim życiu dwa, dotyczące fikcyjnych wydarzeń tematy, o których mogę mówić jak nakręcona. Jeśli ze mną rozmawiasz (zwykle przy winie) a ja wspomnę tylko o Bohunie z hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” lub o „Buffy, postrachu wampirów”, to musisz przerwać mi natychmiast, albo pogodzić się z losem i wysłuchać mojej długaśnej tyrady. Jak ja to mówię: wykolej ten pociąg, nim wyjedzie ze stacji. Jak już zacznę, to nie skończę. Mogę tak godzinami, puszczając dla zobrazowania na YT moje ulubione sceny lub montaże z podłożonymi piosenkami („Ty zgubo moja” <3).
Z Bohunem sprawa jest prostsza. Znam masę osób, które uwielbiają go tak samo jak ja. Z „Buffy…” wygląda to inaczej.
(więcej…)

Prezent dla akwarysty

(Bardzo) Powoli zbliża się sezon świąteczny. Planując prezenty lubimy, aby były w miarę osobiste. Dużo lepiej bowiem czujemy się, dając komuś książkę autora, którego uwielbia czy też akcesoria powiązane z jego ulubionym hobby niż bezpłciowy zestaw kosmetyków, który akurat stał przy kasie w Biedronce. Jeśli na liście osób do obdarowania macie jakiegoś posiadacza akwarium może kusić was zakup prezentu związanego z tym niezwykle wciągającym hobby. Specjalnie dla was mała lista potencjalnych możliwości oraz ich wad i zalet.
(więcej…)

TO – Kilka uwag po seansie

 

  1. O ile film jako ekranizacja mojej ukochanej książki w zasadzie spełnił moje oczekiwania, o tyle nie wyobrażam sobie, żebym mogła powiedzieć o nim coś pozytywnego gdybym książki nie czytała. Zawiera w sobie to wszystko, czego w horrorach nie lubię. Zbyt duże natężenie „strasznych” scen, całkowity brak subtelności, wszystko pokazane zbyt wprost. Lubię, jak nerwy widza są drażnione. Jak zło czuć na każdym kroku, ale go nie widać. Jak kątem oka dostrzegamy jakiś cień, widzimy skutki działania potwora, ale jego samego oglądamy dopiero w ostatnich scenach. Nie lubię korpusów biegających bez głowy. W książce tych okropności było równie dużo co w filmie. Jednak różnica, między wyobrażaniem sobie czegoś, a wizualizacją na ekranie jest ogromna. Groza a groteska. Jeśli lubisz się bać, a żaden film nie spełnia już Twoich oczekiwań, zacznij czytać horrory. Uwierz mi, to zupełnie inne doznania.
    Dlatego też te same sceny, które w książce sprawiły, że pół roku po przeczytaniu bałam się odwiedzać po zmroku koleżankę, mieszkającą przy torowisku, w filmie raczej mnie bawiły.
  2. W książce między scenami typowo „horrorowymi” było dużo więcej ucieczki przed Bowersem i jego bandą, typowo dziecięcych zabaw w Barrens czy historii życia i rodzin głównych bohaterów. Wiele osób za to właśnie nie cierpi Kinga. Ja go właśnie za to uwielbiam. Film obciął takie sceny do minimum. Historia straciła sporo ze swojego uroku. Czy można było temu zapobiec? Przy ekranizacji książki, mającej 2300 stron drobnym drukiem? Cóż. Nie. Więc nie czepiajmy się.
  3. Jako rolnik oprotestowuję to, że z Bowersa-syna farmera zrobiono syna policjanta. Hej, my też mamy mroczną stronę!
  4. Ktoś, kto ma na ścianie TAKI obraz i każe swojemu dziecku obok niego przechodzić, albo go nie kocha, albo nie ma za grosz wyobraźni. Powaga.
  5. TO atakowało dzieci. Dlaczego? Bo żywiło się przede wszystkim strachem (choć małymi ciałkami również nie gardziło). Pomyślisz sobie: „bez sensu. Jestem dorosły a też na widok tego, co widzieli oni poczułbym strach zmuszający mnie do spontanicznego zanieczyszczenia bielizny.”
    Nie do końca. Strach dzieci jest czysty, nie skażony rozsądkiem. Widzą potwora – boją się potwora. U dorosłych natomiast działa mechanizm wyparcia. „To niemożliwe”, „zwariowałem”, „to mi się śni”. Podejrzewam, że tak doprawiony strach To z braku laku również by wciągnęło, ale woli jednak odwiedzać bufet bardziej mu odpowiadający.
  6. Ta wiara i prostota czyniła dzieci smakowitym kąskiem dla potwora. Jednocześnie czyniła je również nieporównywalnie większym zagrożeniem dla niego. Film postawił na bezpośrednie starcia. TO zostało skrzywdzone, bo przywalono mu w łeb. TO było ranne, bo oberwało włócznią. W książce walka dzieci z potworem była zupełnie inna. Srebrna kula wyrządziła mu krzywdę przede wszystkim dlatego, że dzieci wierzyły, że tak będzie. Zdanie-ćwiczenie Billa wypowiedziane przy potworze bez zająknięcia sprawiło mu ogromny ból. Dlaczego? Bo chłopiec traktował je jak zaklęcie („jak uda mi się w końcu to powiedzieć to wszystko będzie dobrze”).
    Czy jestem niezadowolona, że film postawił na dużo bardziej przyziemne rozwiązania? Nie. To, co da się dobrze odmalować w grubaśnym tomisku, niekoniecznie ma szanse wypaść dobrze na ekranie. Lepiej więc nie próbować.
  7. Jako dorośli nasi bohaterowie mieli dużo większy problem w walce z Tym. Po prostu nie wierzyli już, że im się uda. W filmie prawdopodobnie tego motywu nie będzie. Dorośli, z lepszym dostępem do broni, świadomi z czym się mierzą – powinno być łatwiej.
  8. Finałowa walka książki. Całkowicie pominięta. I całe szczęście. Wyobrażacie sobie film, w którego ostatecznym starciu jeden z bohaterów łapie się za nos z potworem (czy też wgryza się? Nie pamiętam) i przeprowadzają wielogodzinną walkę na zagadki? Nie wiem, jak zdolny musiałby być reżyser i scenarzyści, żeby po takiej scenie nie zostawić widzów którzy nie czytali książki z poczuciem wielkiego „że co?!”.
  9. Pominięto również wielkiego żółwia. Co prawda kłaniał się w naszą stronę ze sceny pływania w jeziorze czy z klocków w pokoju Georgiego, ale generalnie został pominięty. Mój komentarz do tego jest identyczny, jak do walki na zagadki.
  10. Kolejna pominięta rzecz – TA scena. Czytelnicy na pewno od razu wiedzą, o którą mi chodzi. Wiecie, zwykle mówię, że żyjemy w czasach przesadnej poprawności politycznej. Ludzie nie mają dystansu, wszystko od razu budzi oburzenie jakiejś grupy, wszystko może kogoś obrazić. Jednak w tej sytuacji zdecydowanie cieszę się, że żyję w czasach, gdzie scena zbiorowego seksu 12-letnich dzieci najzwyczajniej w świecie nie ma prawa znaleźć się w żadnym filmie. Zwłaszcza, że ze względu na to, o czym pisałam w punkcie 5 straciła ona swoje fabularne uzasadnienie.
  11. Pominięto również prawdziwą postać potwora. Akurat nad tym faktem ciut ubolewam. Bardzo dużo klimatu w książce dodawały sceny, jak TO siedziało w swoim leżu, pod swoją prawdziwą postacią i czuło się nagie i bezbronne, bo nikt JEJ (TO było samicą) takiej jeszcze nie widział, dopóki nasi bohaterowie nie wkroczyli do jej kryjówki. Mały skłon w stronę czytelników znów tu był, bo przez moment widzieliśmy pajęcze nogi. Możliwe, że czystą, nieotoczoną iluzją formę TEGO zobaczymy w drugiej części. A może zostanie przemilczana.
    Nawet mój mąż, który książki nie czytał uznał, że to jakieś takie mało przekonujące, że TO jest klaunem i pytał mnie, czy faktycznie taką ma formę gdy nikt tego nie widzi. Otóż nie. Klaun to tylko jeden ze strojów wyjściowych.
  12. Zgodnie z moimi przewidywaniami nie bałam się, za to ryczałam na scenach z serii „Och, Georgie, jak za tobą tęsknimy”. Chyba od czasu, jak mam swoje dzieci nie jestem w stanie podchodzić do takich rzeczy bez emocji. Co z tego, że to fikcyjny bohater. Czuję (jak pewnie każda matka) nieustanny, paniczny strach przed doświadczeniem takiego bólu, jakiego doświadczyła jego rodzina. Czuję wielką potrzebę nie spuszczania nigdy moich dzieci z oczu, pilnowania ich nieustannie, nie puszczania nigdy ich ręki i nie pozwalania im na oddalenie się ode mnie na krok. Nigdy. Wiem, że trzeba to w sobie stłumić. Wiem, że dzieci muszą dorastać i z wiekiem dostawać coraz więcej swobody. Ale dopóki ich nie miałam, nie rozumiałam jak wielki lęk musi pokonać matka, żeby im na to pozwolić. Bo wiecie, potwory istnieją. Z gatunku homo sapiens, ale gdzieś tam są.
  13. Pomysł reżysera, żeby dodać trochę grozy przez dziwnie przyśpieszone ruchy potwora nie podobał mi się ani trochę.

 

 

Czy film ma masę minusów i niedociągnięć? Tak.
Czy dało się go zrobić lepiej? Prawdopodobnie nie.

Polecam czytelnikom książki – nie powinien sprawić, że pęknie wam żyłka z irytacji.
Polecam również tym, którzy książki nie czytali, ale gust do horrorów filmowych mają inny niż ja. Oglądając nie bałam się ani trochę, ale mogę zrozumieć, że kogoś innego film przerazi.

Harry Potter i Zakon Feniksa – koszmar graczy, gratka dla Pottermaniaków

Myślę, że każdy w moim przedziale wiekowym, kto choć trochę interesował się grami komputerowymi ekscytował się swojego czasu małym czarodziejem, walczącym ze szkolnym blond-kolegą na eksplodujące fajerwerki. Mimo, że gry z serii „Harry Potter”, podobnie jak filmy nie powalały na kolana (po co się przesadnie starać, skoro sam tytuł generuje zyski), to jednak czuło się jakiś dreszczyk ekscytacji grając w nie podczas oczekiwania na kolejny tom książki.


Proste platformówki – skacz i nie spadnij, rzucaj zaklęcia, nie myśl za dużo tylko przyj do przodu i zbieraj czarodziejskie karty. Powiem szczerze, że po dziś dzień raz po raz lubię taki typ rozrywki. Frogger, Mario, Harry Potter. Świetny reset dla mózgu.  Przeszłam kilkakrotnie pierwsze trzy części potterowych gier. Czwartą i piątą włączyłam i wyłączyłam po 10 minutach a dwóch ostatnich w ogóle nie testowałam (chyba byłam już „zbyt dorosła” jak pojawiły się na rynku). Po namowach siostry postanowiłam dać jednak jeszcze jedną szansę Zakonowi Feniksa.

(więcej…)

The Office   US i UK

Około dwóch lat temu przerabialiśmy z mężem etap odkrywania brytyjskich seriali komediowych. Ponieważ ci otoczeni wodą Europejczycy mają bardzo specyficzne poczucie humoru, dawkowaliśmy sobie te seriale od tych mniej charakterystycznych dla tego narodu po ich sztandarowe. Jeśli ktoś wychował się na amerykańskich komediach może mieć pewne trudności z przestawieniem się na zupełnie inny rodzaj żartów. Nie jestem pewna, czy The Office spodobałoby mi się, gdybym nie pokochała wcześniej IT Crowd, Filthy Towels czy Ojca Teda. Ponieważ jednak zaczęliśmy go oglądać w czasie, kiedy określenie „angielski humor” oznaczało dla nas coś świetnego a nie dziwnego, przyjęliśmy go bardzo dobrze.

Długo zastanawialiśmy się, czy po obejrzeniu brytyjskiego oryginału zabrać się w ogóle za amerykańską wersję. Tego typu przeróbki prawie zawsze okazują się porażką. Odcinek pilotażowy tylko nas utwierdził w przekonaniu, że tak będzie i teraz. Dokładnie te same sceny, dokładnie te same dialogi tylko w wykonaniu innych ludzi. Myślałam, że cały serial tak będzie wyglądał – coś jak polska wersja Niani. To trochę tak, jakby oglądać znaną sobie sztukę teatralną w wykonaniu szkolnego kółka. Może Cię ekscytować, jeśli gra tam Twoje dziecko, ale obiektywnie rzecz biorąc nie ma szans być równie dobra co pierwowzór. Na szczęście odbiór pilota najwyraźniej był na tyle zły, żeby twórcy całkowicie zmienili metody tworzenia kolejnych odcinków a jednocześnie na tyle dobry, żeby w ogóle powstawały. Pewne duże podobieństwa zostały zachowane właściwie tylko do końca pierwszego sezonu, natomiast później fabuły dość znacząco się mijają.

I wiecie co? Uwielbiam zarówno brytyjski, jak i amerykański The Office.
(więcej…)